18 stycznia 2013

Informacja


To znowu ja. Wydaje się, że porzuciłam bloga i cóż, poniekąd to prawda. Dawno miałam napisać ostatnią notkę, ale tego nie zrobiłam. Strasznie mnie to gryzie i... Nie mogę sobie tego wybaczyć, że tak odpuściłam. Ostatni wpis się pojawi. Nie wiem kiedy, bo potrzebuję kilku spokojnych dni na napisanie tego, ale zrobię to. Dajcie mi jeszcze trochę czasu, proszę. Przepraszam, że nie dawałam znaków życia. Ta historia wiele dla mnie znaczy i za każdym razem, gdy pomyślę o tym blogu, coś mnie zżera od środka. Niewiele osób tu zagląda, ale dla tych kilku ostatnich czytelników i dla siebie, napiszę zakończenie.

22 lipca 2011

Krok do przodu

            Błyskawica nagle przecięła ciemnoszare niebo, a chwilę później rozległ się głośny grzmot. Wiatr poruszał gwałtownie koronami drzew, co sprawiało, że cały Zakazany Las zdawał się tańczyć w złowieszczym rytmie. Krople deszczu uderzały w szybę, wydając przy tym dźwięk przyprawiający mnie o gęsią skórkę. Był to odgłos, który zwiastował coś złego i nieprzyjemnego.
            Nic dziwnego, że wszystko kojarzyło mi się z ponurymi sprawami, nawet zwykła burza. W ciągu ostatniego tygodnia pogoda dokładnie odzwierciedlała mój nastrój. Październik, który już się zbliżał ku końcowi, nie przyniósł żadnych zmian, tak samo jak wrzesień. Dni upływały monotonnie, zwyczajnie. Lekcje, nauka, sen. Stały schemat dnia. Ostatniego dnia miesiąca miał się odbyć mecz quidditcha pomiędzy Gryffindorem i Ravenclawem. Perspektywa ta zajęła myśli wielu uczniów.
            Zbliżający się mecz miał jedną dużą zaletę – członkowie drużyny, a szczególnie ich kapitanowie, byli bardzo zajęci. Jamesa Pottera widywałam praktycznie tylko na lekcjach i czasami wieczorem w Pokoju Wspólnym. Nic się nie zmieniło, dalej pozostawał obojętny wobec mnie. Nic dziwnego, ja w końcu wcale nie zachowywałam się inaczej. Traktowaliśmy się jak powietrze. Były momenty, kiedy łapałam go na wpatrywaniu się we mnie, co burzyło mój pogląd, że chłopak nie zwraca już na mnie żadnej uwagi. I niby wiedziałam, co powinnam zrobić, jednak nie miałam na to odwagi. Wszystko sprowadzało się do użalania nad sobą, co było wręcz żałosne.
- No nie mów, że znowu o nim myślisz! – usłyszałam Dorcas, która właśnie głośno zamknęła drzwi do dormitorium.
Dziewczyna była cała przemoczona, a w miejscu, w którym stała, powoli robiła się mała kałuża.
- Gdzie byłaś? – zapytałam, próbując zmienić temat.
- Na trybunach. Myślałam, że Syriusz będzie miał chwilę po treningu, ale nie, ustalają jeszcze jakieś szczegóły. Cholerny quidditch – mruknęła, znikając w łazience.
Ponownie zapatrzyłam się w krajobraz za oknem. Błyskawice raz po raz rozświetlały niebo. Jeśli ta pogoda się utrzyma, mecz będzie należał do tych najtrudniejszych. Dobrze więc, że drużyna ćwiczy nawet w takich warunkach.
- Lily? Znowu James, prawda? – zapytała moja przyjaciółka.
- To aż tak widać?
- Siedzisz zapatrzona w jedno miejsce, wydajesz się być w innym świecie. Tak, to widać. Nie sądzisz, że za długo to trwa? – dziewczyna usiadła na moim łóżku i wzięła do ręki białą różę, której nie byłam w stanie wyrzucić. Dostałam ją od Jamesa, kiedy byliśmy jeszcze przyjaciółmi. Teraz miałam wrażenie, że to się stało całe wieki temu.
- On mnie całkowicie ignoruje. I co, mam nagle zacząć z nim rozmawiać? I co mu powiem?
Dorcas nie raz już próbowała mnie przekonać, żebym spróbowała sobie wszystko wyjaśnić z Jamesem. I coraz bardziej jej się to udawało.
- Nie wiem, Lily, nie wiem. Najlepiej, jak mu powiesz, co czujesz. Teraz twoja kolej, on tyle razy się starał.
- Wiem. Wiem, że masz rację, ale nie mogę się odważyć – westchnęłam. – I nie mam pojęcia, czy to cokolwiek zmieni. On się zachowuje tak, jakby mnie przekreślił na zawsze.
- Nie dowiesz się, jeśli nie spróbujesz. Co masz do stracenia? Nic. Może być tylko lepiej.  I będziesz wiedziała, na czym stoisz.
- No ale… Wydawało mi się, że on sam będzie chciał coś zmienić. A tu nic…
- Lily! Przestań już! Takie użalanie się nad sobą nic ci nie da! Weź się w garść, idź do niego i pogadaj z nim. To da się zrobić.
Nie odpowiedziałam.
- Stoisz w miejscu. A przecież nie o to chodzi. Jak nie chcesz nic robić, to chociaż przestań się łudzić, że on nagle do ciebie przyleci. Albo idź naprzód i dowiedz się, o co chodzi. W jedną albo drugą stronę. To proste – Dorcas uśmiechnęła się, odłożyła kwiat i ruszyła w kierunku swojego łóżka.
To proste, prawda. W teorii. Ale to jedyne rozsądne rozwiązanie, więc trzeba spróbować.

***

            James zaklął siarczyście, kiedy wchodził do Pokoju Wspólnego. O mało co się nie poślizgnął na kartce papieru, którą pewnie pozostawił jakiś pierwszoroczniak. Dochodziła pierwsza w nocy, a chłopak dopiero wrócił z boiska. Trening już dawno się skończył, ale on został, aby polatać. Przynosiło mu to niesamowitą ulgę. Mimo że spędził w szkole już półtora miesiąca, wciąż nie mógł obojętnie przejść obok Lily.
Znowu przeklął sam siebie, tym razem w głowie, za myślenie o niej. To było zakazane. Nie wolno mu. Powtarzał to sobie codziennie kilka razy, ale żadnych efektów to nie przynosiło. Na szczęście mógł skupić się teraz na nadchodzącym meczu quidditcha i nawet na lekcjach. Wszystko to było dobrym sposobem na zajęcie myśli.
 Przechodząc obok kominka, odwrócił nagle głowę. Nie wiedział, co nim pokierowało, ale była to jedna z tych rzeczy, która zawsze robi nam na złość. Takie dziwne przeczucie. Na kanapie leżała Lily, trzymając rękę na okładce książki. Musiała zasnąć w trakcie nauki. Potter chciał czym prędzej odejść stamtąd, ale coś go zatrzymało.
            Podszedł bliżej. Upewnił się, że dziewczyna spała, po czym ukucnął przy niej. Już dawno nie miał okazji, żeby się jej przyjrzeć. Wciąż była tak piękna, jaką ją zapamiętał. Tyle czasu minęło, a jego uczucia do niej ani trochę nie zmalały. Patrzył na nią i patrzył, a bariera, którą sobie ustanowił, malała z każdą sekundą.
Podjął decyzję, że wszystko z Lily Evans jest skończone. Nie rozmawiał z nią, unikał jej jak tylko się dało. A ona nie robiła nic, co by mu pozwalało myśleć, że mógł to być błędny wybór. Tliły się w nim ostatnie iskierki nadziei, ale powoli i one gasły. Był zły, na siebie i na nią, że dał sobą tam pomiatać. Nie chciał już być na jej każde zawołanie. Ale… To przecież Lily. Jego Lily. Już nikogo tak nie będzie kochał. Bolało go to cały czas, ale musiał sobie z tym poradzić.
Już się podnosił, aby wrócić do dormitorium, ale dziewczyna się poruszyła. James zastygł  w miejscu, przerażony perspektywą obudzenia jej. Co by zrobiła? Jak by się zachowała? Na szczęście spała dalej. Rogacz chciałby zostać przy niej całą noc, bo dopiero kiedy była obok niego, on czuł się spokojnie. Ale to już skończone, nie wolno mu o niej tak myśleć…
- James – wymruczała cicho.
Chłopak otworzył szeroko oczy i  na chwilę wstrzymał oddech. Nie przesłyszał się, naprawdę wymówiła jego imię. Nadal miała zamknięte oczy, tak więc Potter mógł przypuszczać tylko, że mówiła przez sen.
Ukląkł przy niej ponownie. Spojrzał na nią, a jego wzrok przeskoczył na dłoń leżącą na książce. Po chwili zawahania położył na niej swoją rękę. Czuł jej ciepło, dotykał jej delikatną skórę i mógł się w nią wpatrywać do woli. Może nie wszystko stracone? Skoro śni o nim… Może jej na nim zależy? Może są jakieś szanse? Może, może, może.
Nie. Skończ z tym, upomniał się. Zabrał rękę i wstał. Popatrzył jeszcze raz na nią, na dziewczynę, którą kochał. I miał tę świadomość, że nie będzie mógł z nią być, choćby nie wiadomo co się stało. Czuł, jakby jego serce raniły miliony szpileczek.
Było już po pierwszej. Czas iść do siebie. Na sąsiednim fotelu zobaczył koc. Nie mógł się powstrzymać i przed odejściem nakrył nim delikatnie dziewczynę, żeby przypadkiem nie zmarzła.


***

            Lekcja transmutacji należała do tych, w czasie których należało być maksymalnie skupionym. Zazwyczaj mi się to udawało, mimo że ławkę dzieliłam z Jamesem Potterem. Dziś jednak było inaczej. Profesor McGonagall opowiadała o kilku zaklęciach na raz, co chwilę przeskakując z jednego na drugie. Moje myśli krążyły jednak wokół innej sprawy.
Postanowiłam dzisiaj w końcu porozmawiać z Jamesem.
Bałam się, ale musiałam to zrobić. Tak jak mówiła Dorcas, nie miałam nic do stracenia. Ostatecznie mogło zostać tak, jak do tej pory. Chciałam go przeprosić. I co dalej, nie wiedziałam. Liczyłam, że to wyjdzie samo z siebie. Denerwowałam się jak nigdy, przez co nie orientowałam się, co się działo podczas lekcji. Nie miało to jednak żadnego znaczenia.
Byłam już zmęczona tym ciągłym zastanawianiem się. Kilka dni wcześniej dręczyło mnie to nawet podczas snu. Nie wiadomo jak, ale zasnęłam w Pokoju Wspólnym. Nie pamiętałam, żebym brała koc, ale obudziłam się nim przykryta. Skrzaty domowe często krzątały się po Pokoju Wspólnym nocą, więc to pewnie ich zasługa.
Rozległ się dzwonek oznaczający koniec zajęć. Wszyscy zaczęli się pakować i opuszczać klasę. Wzięłam głęboki oddech. Teraz albo nigdy.
- James? Możemy porozmawiać? – wykrztusiłam.
Chłopak zabierał właśnie swoja torbę z ławki. Zamarł, gdy usłyszał moje słowa. Patrzył na mnie przez chwilę, po czym powiedział:
- Jasne, ale chyba nie tutaj? Chodźmy na korytarz.
Pokiwałam głową i ruszyłam za nim. Co ja zrobiłam? Nagle zapragnęłam znaleźć się w swoim dormitorium. I co ja mu niby powiem? Uspokój się, pomyślałam. Gorzej już być nie może.
Przepuścił mnie w drzwiach, a potem stanął przy ścianie. Trwała popołudniowa przerwa i jedynie kilkoro uczniów przechodziło obok nas.
- Więc? – ponaglił mnie chłopak.
Spojrzałam na niego, przy czym serce gwałtownie mi przyśpieszyło. Znajdowałam się tak blisko niego,  że wręcz czułam ciepło bijące od niego. Wpatrywałam się w jego orzechowe oczy, za którymi tak tęskniłam i moja odwaga się rozpływała. Zmusiłam się, żeby odwrócić wzrok.
- Chciałam cię przeprosić – wyjąkałam. Wzięłam głęboki oddech i kontynuowałam:   - Przepraszam, że się zachowywałam tak okropnie. Wiem, że zawaliłam, i to bardzo. Po prostu przepraszam.
Milczał. Patrzył na mnie uważnie, tak samo jak ja wpatrywałam się w niego. Uderzenia serca odmierzały kolejne sekundy, które zdawały się trwać wieczność. W jego oczach dało się dostrzec niezdecydowanie i coś jeszcze… Coś jakby pragnienie. Ale nie, to nie mogło być to.
- W porządku, przeprosiny przyjęte – odparł chłodno, jednak nie odszedł, tylko czekał cierpliwie.
Pokiwałam głową, nie będąc w stanie wymyślić jakiejś konstruktywnej odpowiedzi.
- Coś jeszcze? – zapytał.
Tak, bardzo mi na tobie zależy i chciałabym, żeby było tak jak dawniej, pomyślałam.
- Nie – odparłam.
- No to do zobaczenia – mruknął i nawet nie czekając na odpowiedź, ruszył wzdłuż korytarza.
Ostatnie strzępy nadziei zniknęły, kiedy patrzyłam na odchodzącego chłopaka. Już wszystko skończone. Nawet nie podjął tematu, wysłuchał mnie i tyle. Nie wiem, na co ja liczyłam. Myślałam, że może da się coś odbudować. Nic z tego.
Teraz miałam już pewność, że należało pozbyć się wszelkich uczuć, które żywiłam do szukającego Gryffindoru.



            Trzydziesty pierwszy października dał wszystkim Gryfonom powód do radości. Wygrany mecz quidditcha był idealną okazją, aby urządzić imprezę w Pokoju Wspólnym – tak przynajmniej uważali Huncwoci. Nie dziwiłam się im, w końcu cała drużyna ciężko pracowała, aby odnieść sukces.
Pogoda była straszna. Wiatr wiał mocno, przez co deszcz zacinał wściekle w zawodników i ograniczał widoczność. Kilka poważnych fauli, jeden upadek z miotły – tak w skrócie można podsumować mecz. Pałkarz Krukonów machnął pałką i nagle leciał ku ziemi. Na szczęście skończyło się tylko na złamanej nodze, którą już leczyła pani Pomfrey w Skrzydle Szpitalnym. Ścigający Ravenclawu byli świetnie przygotowani, a kafel co chwilę przelatywał przez bramki Gryfonów.  Gdyby nie James, który stoczył brawurową walkę o złotego znicza z szukającym Krukonów, przegralibyśmy. Ostateczny wynik to trzysta osiemdziesiąt do trzystu sześćdziesięciu dla Gryffindoru.
            Pokój Wspólny został jednym zaklęciem udekorowany w barwy naszego domu. Wszędzie dookoła stały stoły z jedzeniem i napojami procentowymi. Huncwoci postarali się też o muzykę, jak zawsze. Wolałam jednak zniknąć w dormitorium, bo perspektywa spędzenia kilku godzin wśród tych wszystkich ludzi, nie bardzo mi się podobała. Stałam przy ścianie wraz z Dorcas i Ann i razem obserwowałyśmy innych.
            Godzinę później impreza się rozkręciła. Ja miałam już dosyć. Dorcas zniknęła chwilę wcześniej z Syriuszem w naszym dormitorium, także nie mogłam iść do jedynego miejsca, w którym miałabym zagwarantowany spokój. Ann siedziała czasem ze mną, ale przeważnie krążyła po całym pokoju.
James był otoczony przez kółeczko młodszych dziewczyn, które robiły, co mogły, by jakoś mu zaimponować. Pottera najwyraźniej to bawiło i cieszyło, bo nie wyglądał na kogoś zdenerwowanego. Często się śmiał i wydawał się być szczęśliwy. Raz po raz łapał znicza w zjawiskowym stylu, na co dziewczyny reagowały piskiem. Patrzyłam tępo na tę sytuację, a w sercu czułam ogromny ból. Najgorszy moment był wtedy, kiedy Camila Watterson, piątoklasistka z blond lokami, pchnęła go na sofę i usiadła mu na kolanach. Wiedziałam, co zaraz by się działo i nie miałam ochoty na to patrzeć.
Wstałam i ruszyłam ku wyjściu. Było po dwudziestej pierwszej, także mogłam jeszcze chodzić po szkole, nie narażając się na szlaban. Oczy miałam mokre, więc zamrugałam szybko, chcąc pozbyć się niechcianych łez.
Szłam przed siebie, nie zastanawiając się zbytnio dokąd. Jedyne, czego chciałam, to odejść jak najdalej od Jamesa obściskującego się z innymi. Dotarłam na sam dół. Drzwi do Wielkiej Sali były uchylone, zajrzałam więc do środka. Pusto.
Usiadłam na skraju stołu Gryffindoru. W powietrzu unosiły się rzędy mały świeczek, które dawały pomieszczeniu niesamowity urok. Niebo widniejące na zaczarowanym suficie, wyglądało tak samo, jak te na zewnątrz. Zachmurzone, co chwilę przecinane przez jasne błyskawice.
Łzy zaczęły mi spływać po twarzy i nawet nie próbowałam ich hamować. Koniec, naprawdę koniec. Myślałam, że coś się zmieni po naszej rozmowie, że chłopak zacznie mnie traktować inaczej. Nic bardziej mylnego. Jedyne, co się zmieniło, to to, że już nie udawał, że mnie nie widzi, bo chociażby mówił „cześć”, podchodząc do stołu, przy którym siedziałam. Ale nic poza tym, nadal byliśmy daleko.
Tak bardzo liczyłam na niego, a przecież nie miałam żadnych podstaw. Straciłam go już dawno temu. Musiałam się z tym pogodzić.
- Niech panienka nie płacze… Proszę – zobaczyłam przed oczami dużą chusteczkę.
Przede mną stało małe stworzenie. Był to skrzat domowy, sądząc po wyglądzie. A raczej skrzatka, bo miała na sobie jasnożółtą, obcisłą, dziecinną sukienkę.
- Dziękuję – wydukałam i czym prędzej zaczęłam doprowadzać się do porządku.
- Nie ma za co, panienko. Skrzaty są po to, aby służyć i pomagać. Nie powinnam podchodzić, proszę mi wybaczyć.
- Nie, nie szkodzi! To miłe. Jak ci na imię?
- Iskierka, proszę pani.
- Miło cię poznać, Iskierko – powiedziałam.
Skrzatka okazała się być inna, niż pozostałe stworzenia jej gatunku. Nie bała się pytać, była odważna, choć i tak za każdym razem przepraszała, gdy robiła coś niepodobnego do skrzatów. Jej towarzystwo poprawiło mi humor i pół godziny później opuściłam Wielką Salę w lepszym nastroju.

***

            Gdy tylko zobaczył, jak rudowłosa dziewczyna znika za portretem Grubej Damy, zrzucił siedzącą mu na kolanach blondynkę, bąknął „wybaczcie” i pobiegł do dormitorium. Trochę szumiało mu w głowie, przez chwilę nie mógł złapać równowagi, ale zmusił się do trzeźwego myślenia i chwilę potem trzymał już w rękach Mapę Huncwotów i pelerynę-niewidkę. Odnalazł Lily na mapie – znajdowała się w Wielkiej Sali. Narzucił na siebie pelerynę i szybkim krokiem wyszedł z dormitorium, a potem z Pokoju Wspólnego.
            Nie wiedział, co nim kierowało. Chciał po prostu się z nią zobaczyć. Obserwował ją ukradkiem w czasie imprezy. Wyglądała na przygnębioną. Wyszła z pokoju, kiedy usiadła mu na kolanach ta dziewczyna. James już nie wiedział, co myśleć. Wcześniej go przeprosiła. A teraz nie może znieść widoku jego z inną. Nadzieja w jego sercu rosła i rosła, ale z drugiej strony starał się ją zniszczyć. Trzymał się kurczowo swojej decyzji, jakby to było jego jedyne koło ratunkowe. Nie mógł z nią być.
Dotarł pod drzwi Wielkiej Sali. Ona była tuż obok. Nie wszedł jednak. Stał i stał, aż w końcu zdał sobie sprawę, że nie wie, po co tam przyszedł.
- …niech panienka nie płacze – usłyszał nagle.
Był to piskliwy głos, jakby głos skrzata domowego. James przysunął się bliżej i zaczął słuchać. Wyglądało na to, że Lily zaczęła sobie gawędzić z tym magicznym stworzeniem.
Ale… Czy ona płakała? Przeraziła go ta myśl. I wszystko wskazywało na to, że on był tego powodem. Przeklął się w myślach.   Lily nie mogła płakać przez niego. To by oznaczało, że był dla niej ważny, a uciekał przed tym, jak tylko mógł. Nie, to niemożliwe. Coraz bardziej dobijała go ta sytuacja i już nie wiedział, co robić.
Szybkim krokiem ruszył w stronę najbliższego tajnego wyjścia z Hogwartu. Pod Trzema Miotłami w Hogsmeade na pewno znajdzie rozwiązania, a jeśli nie, to chociaż na chwilę zapomni o problemie.




            O czwartej nad ranem otworzyły się drzwi do męskiego dormitorium, skrzypiąc głośno. Syriusz właśnie zamierzał się położyć. Wcześniej przebywał z Dorcas w jej pokoju. Uśmiechnął się na myśl o tym milutkim wieczorze ze swoją dziewczyną, ale nagle coś innego pochłonęło jego uwagę. Na podłodze widniała jedna stopa, która poruszała się w stronę łóżka Jamesa.
Łapa złapał różdżkę.
- Accio peleryna! – mruknął.
Zobaczył swojego przyjaciela, jak próbował usiąść, ale zsunął się z pościeli i wylądował z łomotem na podłodze. Podszedł do niego szybko.
- Gdzie ty byłeś? – zapytał.
- W Trzech Miotłach – wydukał Potter.
Kręciło mu się w głowie i nie widział wyraźnie. Bardzo chciało mu się spać, tak bardzo, że mógł się tu położyć. Nieważne, że podłoga była twarda.
- O nie, wstawaj! – Syriusz podtrzymał przyjaciela i pomógł mu usiąść na swoim łóżku.
James długo nie wytrzymał w tej pozycji, tylko runął do tyłu na poduszki. Black pokręcił głową z powątpieniem. Ostatnio widział go w tym stanie na wakacjach. Mógł się domyślać, że znowu chodzi o Lily. Uznał, że Potter zaraz zaśnie, więc zostawił go tam.
Nie minęło nawet kilka minut, kiedy rozległ się bełkotliwy głos Rogacza.
- Ja ją kocham. Black, słyszysz? Kocham ją.
- Wiem o tym - Syriusz uśmiechnął się kpiąco, a James podniósł się gwałtownie.
- Ale ona o tym nie wie. Muszę jej o tym powiedzieć – skierował się w stronę drzwi, na co Łapa zareagował od razu. Popchnął go z powrotem na łóżko.
- Jest czwarta nad ranem, ona teraz śpi. Jutro jej to powiesz.
Szukający Gryffindoru przez chwilę myślał nad słowami przyjaciela, po czym stwierdził:
- Dobra, jutro. Jutro jej powiem. Jutro… - nie zdążył dokończyć, bo zapadł w sen.
Kiedy Syriusz kładł się spać, ironiczny uśmieszek wciąż widniał na jego twarzy.

***

Proszę bardzo. :) Po bardzo długim czasie jest kolejna notka. Cóż, sami to pewnie widzicie, ale blog się zbliża ku końcowi. Długie odstępy w pisaniu robią swoje. Kolejna notka pojawi się pod koniec sierpnia i będzie to już ostatni wpis na blogu. Ale póki co, czekam na opinię o tym rozdziale. :)

12 kwietnia 2011

Szósta rocznica.

Witajcie. Piszę, ponieważ dzisiaj mamy szóstą rocznicę powstania Pamiętnika rudowłosej miłości Rogacza. :)

Brzmi niewiarygodnie, prawda? Sześć lat tutaj, z Wami. Samej trudno mi w to uwierzyć. Ostatni rok był raczej przerwą w pisaniu, przez kilka miesięcy się tu nic nie pojawiało. Ale nie zapomniałam wtedy o blogu i po pewnym czasie wróciłam.
Uprzedzę pytania i powiem od razu, że kolejna notka pojawi się dopiero w czasie Świąt, bo wcześniej nie dam rady. Brak czasu.

Cóż, mogłabym powtarzać to samo, co mówiłam w poprzednich latach. Wydaje mi się, że sam fakt, że to szósta rocznica, mówi, jak wiele dla mnie znaczy ten blog. ;)

Dziękuję za wszystko. Gdyby nie Wy, tej historii by nie było.

Małe podsumowanie na koniec:

Odwiedzin: 1003177
Komentarzy: 8677
Liczba notek: 171

Jeszcze raz dziękuję. :)